DZIECKO W SZPITALU. JAK PRZETRWAĆ.

Dopiero wyszliśmy, a już kazali wracać. Zaledwie dwa dni w domu, nawet nie udało się oswoić i trzeba było znowu pakować torbę. Synek z ostrą żółtaczką trafił pod lampy, a ja na łóżko obok niego. Potem pojawiły się inne dolegliwości i w efekcie cały urlop tacierzyński Pawła spędziliśmy poza domem.

W tym całym chorobowym zamieszaniu było szczęście. Bo trafiliśmy na nowy oddział, gdzie już na etapie projektowania ktoś pomyślał o rodzicach. Że są nieodłącznym elementem leczenia, chcą i muszą być obok, więc powinno i o nich się troszczyć. Nikt nie wymaga warunków hotelu z pięcioma gwiazdkami, ale opowieści o karimacie rozkładanej pod łóżkiem, którą szpital wyceniał niemal tak samo, jak przyzwoity hostel w Warszawie, są smutne. Wystarczająco dużo jest zmartwień, gdy dziecko choruje i świadomość, że trzeba jeszcze walczyć o ten fragment podłogi, prosić o gorącą wodę na herbatę, myć zęby ukradkiem w toalecie, rodzica totalnie męczy. A to on musi być tym superbohaterem, który pokoloruje chorobową rzeczywistość. Musi mieć siłę. I nie powinien tracić energii na walkę z bezdusznym systemem.

Dlatego doceniam, że w szpitalu, do którego trafiłam z synkiem rodzice nie są intruzami. Dostają rozkładane, całkiem przyzwoite łóżko, mają do dyspozycji łazienkę z prysznicem i kuchenny aneks z mikrofalówką oraz lodówką. Drobiazgi, w czasie długiego, męczącego pobytu dające odrobinę zwyczajności. Bo można rano w przyzwoitych warunkach nabrać sił. Odgrzać domową zupę przyniesioną przez męża. Napić się herbaty i zrobić sobie kanapkę. To sporo, gdy monotonia kolejnych godzin i diagnoz przytłacza. Gdy naturalnym widokiem stają się wenflony, igły i inkubatory. Gdy trzeba spokojnie patrzeć na pobranie krwi z głowy nic nierozumiejącego maluszka. Łagodzić jego płacz, znosić inwazyjne badania.

Obserwowałam ze wzruszeniem, jak w salach rodzice chcą stworzyć swoim dzieciom namiastkę domu. Normalności. Nikt im nie przeszkadza, gdy przynoszą ulubioną pościel. Pudło z zabawkami. Drzwi na oddział nigdy nie są zamknięte. Mama czy tata mogą przyjść nawet w nocy. Rodzice chorującego dziecka najczęściej mają dyżury, ta elastyczność wizyt ułatwia im dzielenie się tym wsparciem. Nie słyszą krzyku pani pielęgniarki, by nie siadać na łóżku, zostawić kurtkę w szatni, za którą trzeba zapłacić. I jakoś ten brak rygoru nie powoduje chaosu. Nikt nie przekracza granic.

Wiem, że takie warunki są wyjątkowe, że częściej, nawet w tych renomowanych szpitalach rodzic jest tylko petentem, który musi prosić, nie może oczekiwać. Żal tym większy, że po naszym pobycie mam wrażenie, że to nie wina systemu. Tylko ludzi, tych którzy zarządzają placówką, wyznaczają normy, patrząc na wszystko z perspektywy tabelek excelu. Co z tego, że szpital ma świetny sprzęt, chwali się profesjonalnym zespołem, jak jego szefowi i pracownikom brakuje empatii.

W trudnych chwilach polecam wzmacniający koktajl:

Składniki:

  • 3 pomarańcze
  • 2 pomarańcze sycylijskie – czerwone
  • sok z grejpfruta
  • sok z 1 cytryny
  • 2 banany
  • dwa plasterki świeżego imbiru
  • szklanka wody

Pomarańcze obrać, pokroić na mniejsze części, wyjąć pestki. Owoce wrzucić do blendera ( najwygodniej kielichowego), dodać sok z grejpfruta i cytryny, imbir oraz banany. Dolać wody i zmiksować. Schłodzić w lodówce.

*Wpis dotyczy oddziału chorób niemowlęcych i dziecięcych szpitala MSW w Warszawie.

 

Podziel się
Podziel się


Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Powiadom o

wpDiscuz
%d bloggers like this: