ZABAWKOWY ZAWRÓT GŁOWY

Pierwsza była żyrafka Sophie. O jej istnieniu nie miałam wcześniej pojęcia, kultowym życiu tym bardziej. Gdy się pojawiła, trafiła tam, gdzie inne otrzymywane po narodzinach Nadusi prezenty – do pudełka na potem. Na teraz kilkudniowy bobas był zainteresowany jedynie monotonnym cyklem sen i mleko. W końcu natknęłam się na jakiś opis żyrafy w gazecie i zaczęłam drążyć temat.

Poznałam prawdziwą twarz Sophie. Jej stronę internetową, akcesoria, których potrzebuje i ponad 50 letnią historię gumowych wypustek, które dają szczęście dziecku. Żyrafa z pudełka trafiła do rąk Naduśki, a ona jej nie wypuściła przez kolejnych kilka miesięcy. Sophie była w zasadzie jedyną zabawką, którą gdzieś zabieraliśmy. Wystarczała. Straciłam ją z oczu tylko raz, co przy całym swym roztrzepaniu uważam za jakiś cud:) Udało się jednak trafić na ślad i zgubę odzyskać.

Magia niepozornej żyrafy Sophie

Fenomen niepozornej żyrafy sprawdził się na naszym dziecku, choć wiem, że nie zawsze to tak działa. Może po prostu Naduśka jest typową konsumentką ulegającą wykreowanym planom marketingowców. W każdym razie legenda poszła w świat, bo polecałam Sophie innym mamom, które jak ja dotąd żyły w błogiej nieświadomości. Pojawiły się spiskowe teorie, że żyrafa to kaprys Warszawy, poza nią nieznany, bo w sklepach we Wrocławiu sprzedawcy robili zdziwione miny.

Tymczasem na swojej stronie internetowej żyrafa przygotowywała się do Bożego Narodzenia, a potem wakacji. Znaczy można było zamówić jej okolicznościowe akcesoria. Zanim jednak dotarliśmy do świąt Sophie została porzucona. Budziła zainteresowanie  mniej więcej przez rok – co uważam za niezły wynik. Teraz czeka na drugie życie w rękach Nadusiowego rodzeństwa.

Im więcej, tym lepiej?

Sama Naduśka ma zabawek milion. W plastikowych pudełkach, szafkach, koszach, wiszących komodach. Pluszaki i lalki mieszkają na kanapie. Albo raczej w każdym kącie mieszkania. Ja wykonuję każdego wieczora te syzyfową pracę i zaprowadzam je na miejsce, po to, by córeczka kochana zaraz po przebudzeniu zmieniała ich położenie. Jeszcze w piżamie, na bosaka ciąga ze sobą sterty klocków, książek i pierdółek grających organizując plac zabaw tam, gdzie jej się akurat podoba. W łazience pod toaletą też bywa fajnie. A ja się zastanawiam, czy jej to wszystko do życia kolorowego potrzebne. Czy rzeczywiście błyszczący swym blaskiem i melodyjką telefon uruchamia w niej jakieś zmysły, a ciuchcia z Odą do radości rozbudza intelektualnie. Jakie walory ma wyznający jej miłość miś albo lalka, co płacze, dopóki, ku radości rodziców, baterie nie padną. Czy ekran z odgłosami zwierząt nauczy ją odróżniać konia od krowy. Garnuszek klocuszek dedykowany rocznemu dziecku nasze zainteresował dopiero niedawno.

Skarby z kuchennej szafki

Najbardziej ją jednak fascynują uchylone szafki w kuchni. Tygielek  do zaparzania kawy, przywieziony z Macedonii, który w stanie idealnym przetrwał lata, Naduśka obiła przy pierwszym kontakcie. Stuka przecież dźwięcznie, szczególnie, gdy uparcie wali się nim o parapet.  Sztućce pozostawione w zmywarce można sprzątnąć niezauważenie i mieszać nimi w nocniku. Na dworze to jest dopiero raj. To co dla mnie jest tylko liściem, czy gałęzią, dla Nadii atrakcją z poziomu soku z rurką. Brodzi w trawie, gdy jej pokażę, układa bukiety, wyszukuje gałęzie i tuli się do drzew. Producenci nawet najbardziej top zabawek nie mają szans. Dziewczynka chłonie łapczywie darmową ofertę natury, a mama dostrzega paradoks dziecięcego świata. Można go przecież wyposażać w cuda techniki, kupować kolejne lalki i wózki, a skarb nasz najsłodszy zauważy, to co nam zdążyło już dawno umknąć.

Podziel się
Podziel się


Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Powiadom o

wpDiscuz
%d bloggers like this: